Clarkson i różowe mleko hipopotama, czyli witajcie na blogu!

Jakieś 15 lat temu dość przypadkowo wpadła mi w ręce książka Jeremiego Clarksona. Piszę „przypadkowo”, nie dlatego, że ktoś nią we mnie rzucił, a ja ją złapałem — po prostu sam fakt, że trzymałem wtedy jakąkolwiek książkę, był już wystarczająco nieoczekiwany. Na tylnej okładce przeczytałem, że autor, znany głównie z programu Top Gear, porusza w niej tematy ściśle związane lub mocno nawiązujące do motoryzacji. Gdybym miał wtedy ocenić, na ile mnie to interesuje, powiedziałbym, że mniej więcej tak, jak dziś — jako łysy facet — interesuje mnie oferta grzebieni w pobliskim Rossmannie.

Mimo wszystko, lekko znudzony, otworzyłem książkę i zacząłem przeglądać kolejne strony. Po pięciu minutach zmarszczyłem czoło, zaskoczony, jak przyjemnie mi się to czyta. Po dziesięciu — ocierałem łzy śmiechu wywołane niepoprawnymi żartami autora. Po piętnastu — zakładałem buty, żeby pójść do księgarni i kupić wszystko, co kiedykolwiek wyszło spod pióra Jeremiego.

Inspiracja  

Byłem zachwycony. Temat może i był mi obojętny, ale forma, w jakiej został przedstawiony — pełna anegdot, metafor i niepoprawnych, kontrowersyjnych żartów — sprawiła, że zyskał moją pełną uwagę. Zamiast nudnej opowieści o aspektach technicznych motoryzacji, miałem wrażenie, że siedzę w barze z kumplem, który tak dobrze opanował sztukę opowiadania, że mógłby mówić o czymkolwiek, a i tak słuchałoby się go z zainteresowaniem.

Pomyślałem wtedy, że jest to pewna forma sztuki — pisać o czymś w sposób przystępny, trafiający także do tych, którzy normalnie by się tym nie zainteresowali. Zainspirowało mnie to do tego stopnia, że zapragnąłem zrobić to samo. Znaleźć swój styl i opowiadać o sporcie, lecz inaczej, niż przyjęło się to robić. Aby zamiast akademickich dyskusji, zrozumiałych jedynie dla najbardziej zagorzałych zwolenników, stworzyć coś na wzór swobodnej, kumpelskiej rozmowy.

Różowe mleko hipopotama i windy w Wyoming

Na szczęście miałem z czego czerpać. Przez kolejne 15 lat znalazłem się w samym centrum sportowego świata.
Z bliska mogłem nie tylko go obserwować, ale i w nim uczestniczyć. Poznałem jego blaski i cienie, absurdy i zasady, które nierzadko wykraczały daleko poza mury stadionów.

Swoje spostrzeżenia zapisywałem w różnych miejscach — kilka felietonów ukazało się w social mediach, a dokument o nazwie „różne” na moim komputerze wypełnił się kolejnymi wpisami i notatkami. Poza dłuższymi formami, trafiło tam sporo ciekawostek, które — gdy widziałem je w internecie — kojarzyły mi się ze sportem, więc je zapisywałem. Dziś, po latach, w wielu przypadkach absolutnie nie wiem, co wtedy miałem na myśli. Jak na przykład przy informacji, że mleko hipopotama jest różowe albo że w stanie Wyoming są tylko dwie windy.

W rytmie sportu

Oprócz tego, po ogromie pracy, udało mi się spełnić marzenie i napisać własną książkę. Teraz przyszedł czas na kolejny krok i założenie bloga (no dobra, w teorii to raczej krok wstecz, bo najwyraźniej wszyscy najpierw zakładają bloga, a dopiero potem piszą książkę). Będę się na nim dzielił z wami swoimi spostrzeżeniami, anegdotami, doświadczeniami i wszystkimi barwami, które świat sportu ma do zaoferowania. Bez marketingowej papki, pseudomotywacyjnych frazesów, technicznego żargonu, a ze zdrową dawką dystansu i poczucia humoru.

Będzie mi niezwykle miło, jeśli dołączycie do tej podróży — niezależnie od tego, czy sport to wasza codzienność, czy skończyliście z nim na sali gimnastycznej i ostatnim wysiłku na WF-ie w liceum.

Witajcie w świecie, który toczy się W RYTMIE SPORTU!

Przewijanie do góry