Stany Zjednoczone. Rok 1982. Szpitale w całym kraju przechodzą prawdziwe oblężenie. Rzesze ciężarnych kobiet tłumnie przybywają na oddziały położnicze. Lekarze nie nadążają z odbiorem kolejnych porodów, a w szpitalach brakuje już łóżek. Kobiety rodzą w poczekalniach, w taksówkach i na ulicach. Noworodków jest tak dużo, że już nikt nie patrzy, który jest czyj — po prostu bierze tego, który jest najbliżej, i w pośpiechu udaje się do domu. Istna apokalipsa.
Jak do tego doszło? Jak to możliwe, że baby boom na taką skalę opanował całą Amerykę?
Miłosny hit, który zmienił wszystko
Wszystko zaczęło się rok wcześniej, w słonecznym Los Angeles. To właśnie tam, w studiu nagraniowym należącym do wytwórni Motown, spotkała się dwójka ludzi z wyjątkowo bujnymi czuprynami, którzy postanowili nagrać wspólnie piosenkę. Efektem pracy Lionela Richiego i Diany Ross był wydany w 1981 roku utwór „Endless Love”, który momentalnie stał się hitem. Jego dźwięki docierały do kolejnych tabunów ludzi, którzy uniesieni miłosną ekstazą zapominali o zdrowym rozsądku.
I tak, jak część o rodzących się na ulicach dzieciach nie jest prawdą, tak kolaboracja człowieka o wąsie, który nie powinien nigdy znaleźć się na jego twarzy, oraz Diany została uznana przez magazyn Billboard za najlepszy duet muzyczny wszech czasów, a sama piosenka przeszła do historii jako jedna z najznakomitszych ballad miłosnych. Zapewne nie stałoby się tak, gdyby Lionel – wraz ze swoim wąsem – postanowił poradzić sobie sam z całym przedsięwzięciem, jakim jest odśpiewanie miłosnej piosenki. Bo czy facet śpiewający o dwóch sercach bijących niczym jedno mógłby być równie przekonujący, co w duecie z kobietą, która swoim lirycznym sopranem wyśpiewuje mu, że nie może mu się oprzeć?
Duet — klucz nie tylko do hitu
Działanie w duecie jako recepta na sukces, lub chociaż szansa na zwiększenie jego prawdopodobieństwa, nie ogranicza się rzecz jasna wyłącznie do nagrywania muzycznych hitów. Rodzicielstwo staje się prostsze, gdy jego ciężar spoczywa na barkach dwóch osób. Przedsięwzięcie poprzedzające ów rodzicielstwo o co najmniej 9 miesięcy również wydaje się być znacznie prostsze (i przyjemniejsze) w duecie niż w pojedynkę.
Nie inaczej jest z bójką pod klubem nocnym, kiedy to połączenie sił – choć niehonorowe – znacznie zwiększa szansę na przetrwanie. W – dajmy na to – tańcu towarzyskim posiadanie partnera lub partnerki minimalizuje ryzyko skupiania na sobie wymownych spojrzeń z widowni okraszonych szmerem słów „ciekawe, jak ten wariat zdjął z siebie kaftan bezpieczeństwa?”. Zastosowanie znanej z filmów (i działającej jedynie na mało lotnych intelektualnie rzezimieszków) techniki przesłuchań podejrzanych opartej na odgrywaniu dobrego i złego policjanta również wydaje się dość karykaturalne w wersji jednoosobowej.
A co dopiero czynności życia codziennego — jak wnoszenie po wąskich korytarzach leciwej kamienicy wielkogabarytowych urządzeń gospodarstwa domowego i nieposiadanie kompana, którego można obarczyć winą za wszystkie obicia waszej nowej lodówki?
Albert Einstein, czy The Rock?
Lista jest długa i w większości pełna oczywistych pozycji. Choć okazuje się, że znajduje się na niej miejsce również dla tych bardziej zaskakujących. „Aby być dobrym trenerem, trzeba działać w duecie” — rzekł do mnie kiedyś pewien równie szalony, co utytułowany zawodowo człowiek. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że według niego nie chodziło wcale o międzyludzkie połączenie sił, a o wykreowanie swoistego tandemu w obrębie własnej charakterologii oraz umiejętności. Twierdził bowiem, że w celu osiągnięcia sukcesu każdy szkoleniowiec musi stanowić połączenie Alberta Einsteina oraz The Rocka.
W tej hybrydzie postać twórcy teorii względności stanowi oczywiście metaforę wiedzy. Nieprzerwany rozwój intelektualny, poszukiwanie i torowanie nowych szlaków myślowych, skrupulatna analiza, testowanie, obserwacja. Bycie dobrym trenerem wymaga zgromadzenia odpowiedniej technicznej wiedzy oraz chęci jej nieprzerwanego weryfikowania. Każdemu trenerowi, podobnie jak Albertowi, powinno towarzyszyć poczucie pewnego rodzaju niespełnienia, które prowokuje chęć dalszego rozwoju, zadawania pytań i szukania odpowiedzi.
Wiedza to za mało, jeśli nie masz charyzmy
I choć ów orientacja stanowi fundament trenerskich działań, nadawanie jej rangi kompletności byłoby błędem. Brakuje w niej bowiem elementu równie stałego w drodze każdego trenera – relacji z ludźmi, których trenują. I tu do naszego duetu dołącza The Rock.
Zanim jednak pobiegniecie do łazienki, ogolicie głowę na łyso, wyhodujecie 30 kilogramów mięśni, sprawicie sobie wyborną opaleniznę i rozbudzicie w sobie pasję do aktorstwa skupionego wyłącznie wokół kinematograficznych gniotów — zatrzymajcie się. Dwayne Johnson, człowiek sukcesu i niewątpliwie jeden z lepszych mówców szalonego świata wrestlingu ma wyłącznie reprezentować charyzmę, nie konieczność rozbijania ludziom krzeseł na głowie.
Dla każdego trenera cechy te będą inne, bowiem każdy ma inny charakter. Chodzi jednak o to, aby nie być niewyłaniającym nosa zza grubych książek nudziarzem, Automatem do recytowania definicji, na dźwięk których powieki rozmówcy stają się cięższe, niż gdyby siedziała na nich Dorota Wellman.
Powodem bolesnych cierpień osoby, która — po otwarciu drzwi lekarskiej poczekalni i dostrzeżeniu was na krześle, wybiegła stamtąd, uznając: „W sumie zapalenie płuc nie jest takie złe”.
Nawet najwyższy poziom wiedzy nie zrekompensuje braków na poziomie osobowości, bo relacje z ludźmi nie są oparte wyłącznie na merytoryce, lecz także na trosce, poczuciu humoru, dystansie czy czymkolwiek innym, co sprawia, że wizja spędzenia choćby chwili z drugim człowiekiem nie jawi się jako towarzyska udręka.
A teraz rzućcie w kogoś krzesłem
Im bardziej wgłębimy się w trenerską profesję, tym ciężej oprzeć się wrażeniu, że za słowami o konieczności rozniecenia w sobie osobliwego dualizmu kryje się dużo prawdy. Nie pozostawia wątpliwości, że osoba z ogromną wiedzą, lecz bez charyzmy, będzie nadawać się bardziej na naukowca medycyny sportowej i pracy przed komputerem niż trenera. Podobnie, wielkich sukcesów nie osiągnie człowiek, który zdolnościami interpersonalnymi starać się będzie zatuszować braki w podstawach merytorycznych.
Dlatego, aby zachować harmonię, idźcie teraz przeczytać kilka książek, a następnie — jeśli nie przyjdzie wam nic innego do głowy — rzućcie w swojego podopiecznego krzesłem. Co prawda, możecie mu zrobić krzywdę. Niewykluczone, że później się nawet obrazi. Zapewniam jednak, że jeśli zaczniecie z nim rozmowę od „Ostatnio czytałem wyniki badań, w których (…)”, to, byle tylko tego nie słuchać, sam zdecyduje zrobić sobie krzywdę o wiele dotkliwszą od uderzenia starym meblem.


