Z kontuzji do koszyka – czyli jak z dramatu zrobić content

Każdy w gronie moich znajomych czegoś nie lubi, nienawidzi lub czymś gardzi.

Jeden z nich niechęć zwraca najwyraźniej w kierunku stron świata, bowiem ciągle się gubi. Zdarza się to na tyle często, że nikt, z kim przed zaginięciem spędzał czas, nawet nie próbuje go szukać. On natomiast nie ma tego nikomu za złe, bo zazwyczaj sam nie orientuje się, że jeszcze parę minut temu siedział w barze pełnym ludzi, a teraz spaceruje po lesie. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że kiedyś, idąc na plażę, skręci w złym momencie w lewo, zapuszczając się niespodziewanie w najdalsze zakątki Bieszczad. Następnie zapewne znajdzie go jakaś rodzina i zaproponuje obiad. Wtedy on – nie orientując się, że nie jest spokrewniony z tymi ludźmi – zostanie góralem.

Mam również przyjaciółkę, która jest weterynarzem i nienawidzi krzywdzenia zwierząt. Właściwie nie wiem, dlaczego się z nią przyjaźnię. Ma pięć kotów, a moja najważniejsza życiowa zasada brzmi: „Jeżeli ktoś ma więcej niż dwa koty, to trzeba taką osobę omijać jak najszerszym łukiem, bo na pewno jest z nią coś nie w porządku.”
Tak naprawdę zasada ta tyczy się nawet jednego kota, ale nie chcę nikogo obrazić. W każdym razie – moja przyjaciółka jest Batmanem weterynarii. Jeździ po okolicznych wioskach i z paralizatorem w ręce walczy z przestępczością sprowadzającą się do złego traktowania zwierząt. Ma również niewyparzoną gębę. Ostatnio przyjechał do niej Stefan, pracownik gazowni. Tak biednego chłopa zdenerwowała, że rzucił się na nią z łapami i zaczął dusić. Pech (dla niej, nie dla Stefana) chciał, że nie miała w tym momencie przy sobie paralizatora. Na szczęście uratował ją słaby piszczel Stefana, w który to sprzedała mu soczystego kopniaka. Tydzień później przyszło do niej powiadomienie, że administracja bloku przyśle kogoś do odczytu liczników. Podobno gaz pieprzowy, paralizator i kamera czekają już w zasięgu ręki.

Jest jeszcze znajomy, który gardzi ludźmi jeżdżącymi na rolkach. Jest to człowiek, którego życiowa tolerancja jest wręcz irytująca. Zawsze, gdy rozmawiamy i mówię o sytuacji, w której ktoś – moim zdaniem – zachował się jak kretyn, on staje w jego obronie i próbując zrozumieć ów postępowanie, wynajduje szereg przyczyn, które mogły za tym stać. Jest to niezwykle irytujące, bo sprawia, że czuję się wtedy jak skrajny, oceniający ludzi ignorant. Tym bardziej moje zdziwienie wzbudziło, gdy ostatnio oznajmił mi, że dość niechętnie kupił swojej córce rolki, bowiem gardzi wszystkimi ludźmi z nich korzystającymi. Pytając o genezę, spodziewałem się jakiejś barwnej historii o tym, jak lata temu jakiś rolkarz wpadł na niego, w wyniku czego musiał udać się do szpitala w celu usunięcia kauczukowego kółka z miejsca, w którym z całą pewnością nie powinno się ono znaleźć – albo przynajmniej opowieści o oblaniu się kawą po potrąceniu przez miłośnika szybkiej jazdy; w końcu taka niechęć, szczególnie u tolerancyjnego człowieka, nie bierze się znikąd. W odpowiedzi usłyszałem, że po prostu ich nienawidzi i daje sobie na to przyzwolenie, bo nie ocenia nikogo innego. Było w tym jednak coś podejrzanego, ponieważ mówiąc to, rozglądał się nerwowo, szedł ocierając się plecami o mijany budynek i miał wyraz twarzy człowieka targanego stresem pourazowym.

Kiszona kapusta i kombinerki

Ja sam – dokładnie tak, jak wspomniani ludzie oraz każdy inny człowiek na świecie – nie darzę sympatią, oczywiście, wielu rzeczy: Kapusty kiszonej, która, gdyby została użyta przeciwko mnie w celu wojennych tortur, sprawiłaby, że zdradziłbym swoich kompanów szybciej, niż mało odważny więzień wojenny na widok kombinerek w rękach swoich oprawców, którzy trzymając je, mówią: „A teraz ściągniemy ci gatki.” Unoszącego się za ludźmi idącymi przede mną papierosowego dymu i – tym samym – ich samych, do tego stopnia, iż mam ochotę wyrwać im z dłoni szluga i zacząć gasić go na ich czole tak długo, aż pozbędą się tego niezdrowego nawyku. Lub chociaż podstawić im nogę.
Czy w końcu – nowych rodziców, którzy zachowują się tak, jak gdyby ktoś rzeczywiście podstawił im nogę na chodniku, w konsekwencji czego ci wyrżnęli głową o krawężnik i doznali trwałego uszczerbku mózgu, wywołującego niepohamowaną chęć rozmowy wyłącznie o swoim dziecku.

Wszystkie te niechęci, choć szczere i pielęgnowane przez lata, nijak mają się do tej jednej, największej. Ta dotyczy pewnej grupy fizjoterapeutów i trenerów przygotowania motorycznego, dla których odpowiedniejszym określeniem, w zasadzie, jest: „półgłówki”.

Jak zarobić na kontuzji

Więc półgłówki miały ostatnio niezwykle pracowity czas. Po tym, jak w ubiegłym tygodniu, w trakcie decydującego o mistrzostwie siódmego meczu finału NBA, jeden z zawodników zerwał sobie ścięgno Achillesa, pobiegli do swoich telefonów i komputerów, przełączyli karty przeglądarki z tych, które instruowały ich, co zrobić, gdy ma się małego siusiaka, na YouTube’a, odpalili social media i zaczęli wklejać zdjęcia oraz filmiki z meczu, argumentując, dlaczego do tej kontuzji doszło oraz jak ich plan treningowy czy metoda na pewno by temu zapobiegła. Później wklejali link do swoich produktów i spokojnie mogli wrócić do przywiązywania swoich genitaliów do stojących na światłach aut – czy co tam się robi, aby wydłużyć sobie przyrodzenie.

Przypominali ludzi, którzy są obwoźnymi sprzedawcami ręczników, czekającymi całymi godzinami w parku na jakąś matkę, której podczas spaceru w wózku rozpłacze się dziecko. Gdy już na taką trafili, podbiegali do niej z obłędem w oczach i tłumaczyli, że ów płacz jest związany z tym, że wcześniej matka do wytarcia rzygów swojego potomka użyła ręcznika innego niż ten, który oni sprzedają.

Analiza sprzed komputera

Półgłówki nie miały zielonego pojęcia, co było przyczyną kontuzji Haliburtona – bo o tym zawodniku mowa. Nie mieli żadnych informacji, jak wyglądały jego treningi, co robił, jak robił i ile tego robił. Nie wiedzą, jak wygląda jego codzienna rutyna, jednostki specjalistyczne, obciążenia, dieta, suplementacja czy z jakimi problemami się zmaga. Skutecznie również ominęli fakt, że zawodnik ten miał sezon życia, a ciężar gry całej drużyny opierał się na nim, czy że zdecydował się grać w tym meczu z kontuzją, bo było to decydujące starcie o mistrzostwo ligi. Mimo tego wykrzykiwali swoje przekonania, jak gdyby byli bezpośrednimi, zakulisowymi uczestnikami tej sytuacji, i proponowali rozwiązanie problemu dziwnym trafem skorelowane z tym, co sprzedają.

Kopnąć w piszczel, czy porazić prądem?

Żerowanie na tragedii zawodnika w imię własnych zysków odbiło się w środowisku trenerskim dość szerokim echem.
Ci świadomi, jak bardzo złożonym procesem jest uprawianie zawodowego sportu, krytykowali półgłówków i dawali do zrozumienia, że nawet jeśli ktoś wierzy w swoje metody treningowe lub nie zgadza się z daną metodą, to bez pełni obrazu nie powinien zabierać w ten sposób głosu – bo tylko wyrządza krzywdę całemu środowisku. Często przybierało to również formę przestrogi dla młodych trenerów, jakże chętnych ostatnimi czasy do idiotycznego wrzucania filmików najlepszych atletów świata i dokonywania ich oceny lub wskazywania na błędy. Brzmiała ona zazwyczaj dość edukacyjnie, coś w stylu: „Nie wiesz, co dzieje się za kulisami, więc nie znając całego kontekstu, nie oceniaj lub nie wyciągaj wniosków.” Zgadzam się z tym w pełni i cieszę się, że tak wiele osób zauważyło ten problem, odniosło się do niego i w dodatku wykorzystało go w celach edukacyjnych dla młodszego pokolenia.

Gdyby to jednak nie wystarczyło, zawsze taką osobę można zaprosić w jakieś często uczęszczane miejsce przez wyjątkowo szybko jeżdżących miłośników rolek. Lub ewentualnie potraktować paralizatorem i kopnąć w piszczel.

Przewijanie do góry