W 2004 roku miałem trzynaście lat. W tamtym czasie byłem skłonny dać sobie uciąć rękę za to, że utwór zajmujący pierwsze miejsce na radiowych listach przebojów był największym audialnym dziełem w historii ludzkości. Jego rytmiczność i — przeciwny do standardowych utworów — brak crescendo sprawiały, że słuchacz przez nieco ponad cztery minuty przeżywał akustyczną ucztę. Tym utworem była piosenka „Yeah!” w wykonaniu Ushera…
Zupełnie inne doznania towarzyszyły mi, gdy mniej więcej w tym samym czasie — z dość dużą regularnością i całkiem niezłym technicznym kunsztem — z salonu mojego domu dochodziły dźwięki wygrywanego na saksofonie przez ojca „Autumn Leaves” Nat King Cole’a. Zastanawiałem się wtedy, jak można palić się do grania takiego syfu i czy może w nocy nie zakraść się do pokoju, aby wyrzucić ten dęty instrument przez okno, ukracając tym samym zarówno swoje cierpienia, jak i — zapewne w konsekwencji — możliwość wychodzenia z domu do 18. roku życia.
Saksofon i dojrzewanie
W roku 2025 mam 34 lata. Słowa „Peace up, A-Town down” wywołują we mnie mdłości podobne do tych, który towarzyszą policyjnemu nowicjuszowi, gdy ten po raz pierwszy wyrusza na miejsce zbrodni i zastaje tam trupa zmasakrowanego piłą łańcuchową.
Nat King Cole (podobnie zresztą jak cały nurt muzyki, który reprezentuje) stał się jednym z moich muzycznych ulubieńców, a dźwięki wypływające z saksofonu cenię do tego stopnia, że nawet regularnie wydaję pieniądze, aby posłuchać ich na żywo. Na przestrzeni 21 lat dźwięki trafiające do moich uszu nie zmieniły się. Zmieniły się moje doświadczenia, empiria, rozeznanie i — mam nadzieję — nieznacznie inteligencja, które pozwoliły na odmienną interpretację tychże właśnie dźwięków.
Zakreślacz wstydu
Podobny mechanizm można odnaleźć w wielu innych sferach życia — od tych bardziej egzystencjalnych, jak przyjaźnie, wiara i partnerstwo, do tych bardziej przyziemnych, jak kulinaria, moda i literatura. W przypadku tego ostatniego wszystkim nam towarzyszą podobne doświadczenia. W końcu ile to razy łapaliście za książkę, którą już czytaliście, i — ze zdziwieniem bohaterów powieści dramatycznych w punkcie kulminacyjnym sztuki — zadaliście sobie pytanie: „Co do cholery mną kierowało, żeby zakreślić akurat ten fragment?”. Przecież teraz wydaje się on oczywisty i — ze względu na to — nie wart większej uwagi, nie mówiąc już o sięganiu po fluorescencyjny flamaster w celu jego zaznaczenia.
Śmiem twierdzić, że jeżeli z uporem maniaka nie unikacie życiowych doświadczeń i wiedzy, to 90% informacji, które zakreśliliście w lekturze dawniej niż dwa lata temu, wywoła w was niesłuszne zażenowanie lub słuszne poczucie oczywistości.
Zmiana w treści? Czy w nas samych?
Niesłuszne zażenowanie, w przeciwieństwie do tego słusznego, które najczęściej towarzyszy oglądaniu starych fotografii, jest wynikiem samosądu związanego z poziomem wiedzy, jakim dysponowaliśmy w momencie sięgnięcia po kolorowy zakreślacz. Choć jest ono w jakimś stopniu naturalne — bo w końcu nikt nie lubi korelować obrazu swojej osoby z niekompetencją — tak nie jest do końca słuszne, bowiem świadczy o tym, że poczyniliśmy na tyle znaczny krok w obrębie wiedzy lub świadomości, że fakt wydający się czymś ekscytującym i nowym stał się prozaicznym, jasnym i nudnym.
Zmiana w obrębie glutowatej mazi noszonej w czaszce, a nie treści informacji do niej dostarczanej, nie tylko wpływa na zmianę czegoś ekscytującego w oczywiste, ale również odwrotnie. I tak, jak zdziwienie potrafi wzbudzić spospolicenie danych faktów, to również i przełomowość tych, które wydawały się nieistotne — przez brak odpowiednich narzędzi do ich interpretowania. Innymi słowy: czasem, czytając po latach książkę, łapiemy się na tym, że zakreślilibyśmy zupełnie inne fragmenty, niż miało to miejsce podczas pierwszego zapoznawania się z jej treścią.
„Jaką książkę polecasz?” — pytanie uniwersalne, odpowiedź niekoniecznie
Zapewne wiecie już, dokąd zmierzam.
Spośród wszystkich możliwych do zadania pytań w świecie przygotowania motorycznego, to brzmiące „Jaką książkę polecasz?” pada najczęściej. Nie ma chyba ani jednej osoby, która by go nie zadała, lub chociaż raz sama go nie otrzymała.
W większości przypadków, nie znając drugiego człowieka, próby odpowiedzenia na nie przypominają w swej naturze próbę doradzania przechodzącemu na ulicy człowiekowi, co ten powinien dzisiaj zjeść na kolację (chociaż w przypadku literackiego pudła możecie w najgorszym wypadku zmarnować komuś czas, a nie zabić — jak mogłoby się stać, sugerując zjedzenie masła orzechowego osobie uczulonej na orzechy). Niemniej tendencja do zadawania pytania o rozwijające książki jest niezwykle pozytywna. Stanowi ona dowód na to, że środowisko trenerskie jest towarzystwem chłonnym wiedzy i chętnie poszerzającym swoje horyzonty.
Ekscentryczna przepowiednia
Nie stanowię tu wyjątku i na przestrzeni lat sam pewnie już kilkadziesiąt razy zadawałem komuś podobne pytanie.
I choć w odpowiedzi dostałem całą masę dobrych, konkretnych rad z propozycjami wydawniczymi, w mojej pamięci pozostała wyłącznie jedna wskazówka — paradoksalnie pozbawiona jakichkolwiek tytułów.
Nie pamiętam kto, gdzie i w jakich okolicznościach, lecz jakiś jegomość powiedział mi kiedyś, że po nabraniu pewnej ilości doświadczeń i spędzeniu odpowiedniej ilości czasu w branży wszystko, co przeczytam, będę interpretował w kategoriach swojej pracy i z nią daną treść utożsamiał — nawet wtedy, gdy nie ma ona nic wspólnego z tym, czym się zajmuję. Spojrzałem wtedy na niego wzrokiem pielęgniarki wysłuchującej kolejnej ckliwej historii w zakładzie dla obłąkanych, którą podsumowuje zawsze w ten sam sposób: „Tak, tak chłopcze… a teraz zażyj swoje tabletki”.
Paradoks niepowiązanych książek
Po latach — ku mojemu zdziwieniu — okazało się, że ów człowiek miał rację. Rzeczywistością stał się fakt, że każda książka, którą czytam — i której nawet w najmniejszym stopniu nie da się powiązać z przygotowaniem motorycznym — tworzy w obrębie mojej głowy myśli, rozważania i wnioski z nim związane. Dlaczego tak się dzieje?
Podejrzewam, że dlatego, iż uniwersalność pewnych schematów i implikacji — szczególnie tych odnoszących się do relacji międzyludzkich — jest niezależna od okoliczności, w których są umiejscowione. Aczkolwiek to moje przemyślenie sprzed 12 sekund, więc może być zwyczajnie głupie i nie jestem go pewny.
Wiem natomiast, że obok branżowej literatury, czy to zbiór aforyzmów o tytule Myśli nieuczesane, czy nielinearna i z zabarwieniem filozoficznym Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię, czy lekka i przyjemna seria podróżniczych książek Billa Brysona, mimo że nie mają nic wspólnego z tematem przygotowania motorycznego sprawiły, że jestem lepszym trenerem.


