Czas to przyznać – jestem boomerem. Przekonuję się o tym regularnie w pobliskiej Żabce, do której co dnia zaglądają tabuny młodzieży z pobliskiego liceum. Wyglądają jak bezdomni, na głowie mają coś, co budzi chęć złapania ich w pas, obrócenia do góry nogami i powycierania ich głowami podłogi, oraz komunikują się między sobą żargonem jeszcze bardziej niezrozumiałym niż ich brokułowe fryzury. Tłumaczę to sobie pewnego rodzaju mentalnym otumanieniem – tak samo, jak w 2005 roku tłumaczyli to sobie dwie dekady starsi ode mnie ludzie, widząc nastoletniego mnie w koszulce XXL i z łańcuchem na szyi, przekonanego, że jestem białym Afroamerykaninem rodem z Brooklynu.
Spośród wielu słów ich młodzieżowego slangu, które słyszę, czekając aż skończą zamawiać ilość hot dogów mogącą zawstydzić Joeya Chestnuta, niepodważalnie najczęściej pada słowo „aura”. Zwróciło to nie tylko moją uwagę – według wydawnictwa naukowego PWN znalazło się ono w czołowej dwudziestce najczęściej używanych młodzieżowych zwrotów w 2024 roku i odnosi się do cech mających wpływ na odbiór danej osoby przez innych. Najprościej mówiąc, opisuje ono w pozytywny sposób czyjąś charyzmę i wrażenie pozostawione na innych. Ze słowem „aura” równie często, co w sklepie, można spotkać się w internecie. Komentarze na Instagramie (nie wiem, jak na TikToku, bo jestem zbyt boomerowy, żeby go posiadać) ociekają wręcz tym określeniem. Ktoś powiedział coś w sposób przekonujący? Ma aurę. Ktoś przyciągnął wzrok przechodniów? Ma aurę. Ktoś jeździ luksusowym autem? Ma aurę.
Jak z każdym popularnym stwierdzeniem, jego nadużywanie prowadzi w końcu do inflacji językowej. Z powodu powtarzalności i przesytu traci ono swoją wagę – a ta, w przypadku określania czegoś wyjątkowego, jest szalenie istotna. Aby więc lepiej zrozumieć, czym jest owa popularna aura, spójrzmy w kierunku sportu.
Amerykanie na Igrzyskach Olimpijskich
Przez dekady definicją aury byli amerykańscy sportowcy przyjeżdżający na Igrzyska Olimpijskie. W ich mowie ciała, sposobie chodzenia, komunikacji i zachowania czuć było, że nie zjawili się tam po to, by wygrać, lecz by zdominować przeciwników i pokazać całemu światu, że to oni są królami sportowej dżungli. Kroczyli z wysoko uniesionymi głowami, z wypiętymi piersiami i pewniejszym krokiem niż cała reszta. Nie interesowało ich, kto stanie naprzeciw, bo funkcjonowali w przekonaniu, że sukces jest nieunikniony. Nie różniło się to niczym od sytuacji, gdyby po przyjeździe do wioski olimpijskiej zebrali wszystkich obecnych, obrócili baseballówkę daszkiem do tyłu, i ostentacyjnie żując gumę obwieścili: „Słuchajcie wszyscy – jesteśmy najlepsi i przyjechaliśmy skopać wam dupska”. Brało się to z wiary w swoje wysokie umiejętności, lecz zapewne także z całego szeregu czynników – od kulturowych i społecznych, po historyczne.
W przeciwieństwie do kultur kolektywistycznych, Amerykanie hołdują kulturze indywidualizmu, w której młodych sportowych adeptów od najmłodszych lat przekonuje się, że są wyjątkowi, mogą osiągnąć wszystko, co zechcą, i muszą walczyć o swoje. Narracje wielkości podsycają media – promują gwiazdy, przedstawiając je jako herosów i ikony. W amerykańskim społeczeństwie funkcjonuje także mit sukcesu, zawarty w sloganie „American dream”, karmiący obywateli przekonaniem, że ciężką pracą można spełnić każde marzenie. W efekcie styl komunikacji polegający na mocnym podkreślaniu własnych umiejętności odbierany jest tam jako naturalny, a nie arogancki. Do tego dochodzi system sportu młodzieżowego i uniwersyteckiego, w którym zawodnicy od najmłodszych lat eksponowani są na ogromną rywalizację przy tłumach publiczności, co w perspektywie czasu uczy radzenia sobie z presją.
Kumulacja tych czynników, przybierająca postać niezachwianej pewności siebie balansującej na granicy arogancji – czy właśnie aury – nie uchodziła uwadze reszty świata. Ich przeciwnicy, często wywodzący się z kultur kolektywistycznych, już przed startem czuli się przytłoczeni blaskiem rywali zza oceanu.
Aura bez narodowości
Kiedy to zjawisko się skończyło? Trudno stwierdzić. Na pewno przyczyniły się do tego czasy konsumpcjonizmu, zmiany ustrojowe i większa otwartość świata. Sportowcy spoza USA zaczęli trenować w lepszych warunkach i podróżować. Obecnie Amerykanie nadal przyjeżdżają z podobnym nastawieniem jak kiedyś, lecz ich aura w oczach przeciwników przygasła, ponieważ mentalność reszty świata uległa zmianie. Nikt już nie trzęsie się na widok zawodników z trzema literami na torsie – przeciwnie, rywalizuje z nimi jak równy z równym. Nawet w najbardziej zdominowanej przez Amerykanów dyscyplinie olimpijskiej, jaką jest koszykówka, coraz rzadziej ogląda się kompletną dominację zarówno wynikową, jak i mentalną.
Aura, którą przez dekady roztaczali amerykańscy zawodnicy i do której mieli niemal monopol, przepadła. Nie oznacza to jednak, że zniknęła całkowicie z międzynarodowej rywalizacji. Wciąż można ją spotkać na olimpijskich arenach – jednostkową, niezwiązaną już z żadną narodowością.
Różne oblicza aury
W każdym sporcie co jakiś czas pojawiają się wybitne jednostki, które roztaczają wokół siebie trudną do opisania aurę. Przybiera ona różne postacie: u Armanda Duplantisa kojarzy się z młodzieńczą lekkością i genialnością, u Michaela Phelpsa byłą związana z determinacją i skupieniem, u Usaina Bolta z radością i luzem, u Rogera Federera z klasą i opanowaniem, a u Khabiba Nurmagomedova z wyważeniem i chłodem. W każdym przypadku widząc ich miało się wrażenie, że więź z uprawianym sportem wykracza znacznie poza sam poziom wytrenowania. Jak gdyby los wybrał ich jeszcze przed narodzinami i obdarzył czymś wyjątkowym. Dzięki temu stanowili jedność ze swoim sportem – nie tylko go uprawiali, ale czuli każdą komórką swojego ciała. Było to dostrzegalne za każdym razem, gdy przekraczali próg stadionu, basenu, kortu czy oktagonu. Podczas gdy ich przeciwnicy znajdowali się tam, by rywalizować, oni byli tam po coś ponad to – by spełniać swoje powołanie.
Z maszynką po mleko
Darząc sympatią język polski, a jeszcze większą sport, czasem mam ochotę wyjaśnić to wszystko młodocianym miłośnikom hot dogów. Że aura jest czymś niezwykłym. Że najcześciej jest niema. Że nadużywanie tego określenia odbiera mu wagę. Że sami używają go niepoprawnie. W tym celu mógłbym na przykład jedną ręką przytrzymać ich za kark, a drugą podstawiać telefon pod oczy, zmuszając do oglądania sportowych urywek największych zawodników w historii, a gdyby już mieli dość – tłuc słownikiem, aż zaczną z niego odpadać kartki. Niestety, odkąd zacząłem chodzić po mleko do Żabki uzbrojony w maszynkę do włosów, przestali się w niej pojawiać.


