W końcu przyszedł tak długo wyczekiwany dzień rozpoczęcia stażu. To właśnie w tym celu wydałem wszystkie oszczędności i przyjechałem do kraju wuja Sama.
Na siłowni miałem zjawić się o godzinie 8, jednak wcześniej otrzymałem od Kurta wiadomość, że gdybym chciał zrobić swój trening, to mogę pojawić się o 6:30. Z perspektywy czasu myślę, że był to jeden z testów sprawdzających moją osobowość, zaangażowanie i charakter, choć – na litość boską – sam fakt przemierzenia pół świata, żeby pojawić się na tym odludziu powinien świadczyć sam za siebie. Niemniej przed szóstą wsiadłem na rower i ruszyłem w kierunku uniwersytetu, natrafiając na kilka problemów natury, której się nie spodziewałem.
Pierwszym z nich była liczba wzniesień na mojej trasie, której kompletnie nie pamiętałem z kilku już podróży z Garrettem jego pick -upem na przestrzeni ostatnich 36 godzin. Najwyraźniej w komfortowych warunkach nie zwracałem na nie żadnej uwagi, jednak teraz, gdy muszę je pokonywać nieco bardziej mechanicznie, bo za pomocą siły swoich nóg, każde z nich jest zauważalne natychmiast. Co ciekawe, były to wzniesienia magiczne, bo można było odnieść wrażenie, że będąc już na ich szczycie, nie następuje żaden spadek pozwalający na odprężenie. Co więcej, regularnie okazywało się, że niezależnie od kierunku jazdy zawsze jest pod górkę.
Drugim była temperatura. W nocy potrafiła spaść do zera. Nie miałbym z tym żadnego problemu, gdyby nie fakt, że aktualnie w mojej kurtce chodził jakiś bezdomny w Nowym Jorku, ponieważ naiwnie założyłem, że „przecież w Luizjanie jest na pewno gorąco”, więc ją tam zostawiłem. Wraz z mijającymi godzinami problem rozwiązywał się sam, bo gdy wracałem popołudniami, temperatura wynosiła już 30 stopni. Zanim jednak pomyślicie, że to całkiem przyjemne, zatrzymajcie się. Temperatura 30 stopni potrafi być przyjemna, gdy leżycie na śnieżnobiałej plaży, będąc smaganymi orzeźwiającą bryzą dobiegającą z oddalonego o 10 metrów oceanu. Temperatura 30 stopni, jadąc pod górę na rowerze, będąc wymęczonym do granic możliwości, nie jest niczym przyjemnym.
Trzecim problemem był fakt, że ostatni raz na rowerze siedziałem 15 lat wcześniej, a tak długie rozstanie to nie dzieło przypadku. Jazda na rowerze sprawia mi wątpliwą przyjemność, więc przejście z niepraktykowania tej aktywności przez lata do robienia tego codziennie okazało się dość brutalne. Dodatkowo siodełko było na tyle wygodne, że nie zauważyłoby się różnicy między tym, że jest ono na swoim miejscu, a że nie ma go wcale.
Czwarty może nie tyle problem, co niedogodność to to, że dla mieszkańców Luizjany widok rowerzysty był czymś tak niecodziennym, że musieli to w sposób specjalny celebrować, wciskając ze wściekłością klakson za każdym razem, gdy mnie mijali (zapewne później przy kolacji opowiadając: „Nie uwierzycie, co mnie dzisiaj spotkało”).
Dzień zatem zaczynałem od mocnego zaciskania pośladków w celach oszczędzenia sobie doznań analnych, ledwo przytomny jadąc pod górę z zamarzniętym gilem pod nosem w akompaniamencie klaksonów trąbiących jak na przydrożną prostytutkę, a kończyłem tym samym, jedynie zamieniając zamarzniętego gila na litry potu. Tego wszystkiego jednak dowiedziałem się dopiero na przestrzeni kolejnych tygodni.
Teraz po prostu zmierzałem na uczelnię po raz pierwszy podekscytowany do tego stopnia, że nie przeszkadzałoby mi nawet, gdybym na chwilę rozluźnił pośladki(…).
Ten fragment to tylko wycinek – środek większej opowieści. Jeśli ciekawi Cię, jak to wszystko się zaczęło i dokąd to zmierza, pełną wersję książki znajdziesz tutaj: http://www.jakupolowacaligatora.pl


