Pierwszą część felietonu przeczytacie tutaj: https://michaljedrzejczyk.pl/igrzyska-olimpijskie-golasy-smierc-i-pijany-klawisz-czesc-1-2/
Wyobraźcie sobie, że jest 1896 r., a wy znajdujecie się w Atenach i właśnie bierzecie udział w biegu maratońskim I Nowożytnych Igrzysk Olimpijskich. Przez całą trasę idzie wam nieźle, a za swoimi plecami zostawiliście resztę rywali. Niestety, pod koniec biegu zaczyna brakować wam pary i wyraźnie osłabliście. Co robicie? Zapewniam was, że na pewno nie to, co Luis Spiridon. Grek, jak gdyby nigdy nic, wszedł do pobliskiej tawerny i wychylił szklankę wina.
– Przepraszam, czy mogę poprosić o szklankę wina?
– Proszę bardzo, panie…
– Luis.
– Panie Luis. Wygląda pan na strasznie zmęczonego. Czy wszystko w porządku?
– Tak, po prostu biorę udział w Igrzyskach i biegnę w maratonie. Nic takiego. Ma pan jeszcze jakieś chipsy?
Ostatecznie, pomimo biesiady w tawernie, Luis Spiridon wygrał bieg, wywołując euforię w całej Grecji.
Omdlenia, alkohol i dezorientacja
Picie alkoholu podczas maratonu nie wszystkim wychodzi na dobre. Przekonał się o tym Charles Hefferon. Ten więzienny klawisz południowoafrykańskiego pochodzenia wystartował na Igrzyskach Olimpijskich w 1908 roku. Przez znaczną część trasy prowadził i już mógł witać się z przysłowiową gąską, lecz w pewnym momencie przyjął od jednego z fanów kubeczek z szampanem. Chwilę później zaczął wymiotować i dał się wyprzedzić Włochowi Dorando Pietriemu. Ale i włoski kucharz był tak zmęczony, że na ostatnich metrach najpierw pomylił trasę, a następnie czterokrotnie upadł na ziemię. Sędziowie pomagali mu wstać i pokazywali kierunek, w którym powinien biec:
„Dorando, na litość boską, do mety zostało 20 metrów. Przestań wbiegać do tego cholernego lasu, tylko biegnij w stronę ludzi, którzy do ciebie machają.”
W rezultacie Włoch był pierwszy na mecie, ale drugi – Amerykanin Johnny Hayes – złożył oficjalną skargę i Pietriego zdyskwalifikowano. W ramach rekompensaty królowa brytyjska wręczyła Włochowi okolicznościowy puchar, a pisarz Arthur Conan Doyle rozpoczął na łamach „Daily Mail” zbiórkę pieniędzy na otwarcie piekarni, o której marzył Pietri.
Zagubiony Japończyk
Skoro już mówimy o maratończykach, w cieniu swoich kolegów nie pozostaje Japończyk Shizo Kanakuri, uczestnik IO w Sztokholmie w 1912 r. Podczas biegu ni z tego, ni z owego zasłabł i zemdlał. Po jakimś czasie sportowy odpowiednik królewny Śnieżka w końcu się obudził, ale nie w miejscu, w którym stracił przytomność, lecz w czyimś domu. Okazało się, że miejscowi rolnicy znaleźli go na trasie maratonu i postanowili się nim zaopiekować, licząc zapewne w zamian na japońskie smartfony i laptopy.
Kilka dni po tym incydencie Kanakuri wyjechał ze Szwecji, nie informując o tym organizatorów IO, co sprawiło, że przez 50 lat uchodził za osobę poszukiwaną. Panowie organizatorzy, tak nieśmiało myślę, że skoro tak wam zależało na losie pana Shizo, to może zamiast zagłębiać się w najdalsze zakątki Szwecji, wystarczyło sprawdzić, czy nie siedzi w swoim domu w Japonii, oglądając filmy o Godzilli? Pomyśleliście o tym?
W rezultacie, po tych wszystkich latach, odnalazła go telewizja, która zaproponowała dokończenie biegu. Jego wynik to 54 lata, 8 miesięcy, 6 dni i 32 minuty.
O wiele szybciej z maratonem poradził sobie Fred Lorz. W St. Louis upał dawał się zawodnikom we znaki na tyle, że tradycyjnie już zaczęli mdleć. Ku wielkiemu zdziwieniu sędziów Amerykanin triumfował ze znakomitym czasem, nie wykazując przy tym nawet cienia zmęczenia. Sprawę zbadała specjalna komisja i okazało się, że Fred 17 kilometrów trasy pokonał… samochodem, który spotkał po drodze.
Przeciąganie liny i gruby wioślarz
Absurdów nie brakowało również podczas Igrzysk w Paryżu. Holenderskim wioślarzom nie szło zbyt dobrze podczas kwalifikacji, jednak udało im się awansować do finału olimpijskich zmagań. Chcąc zwiększyć swoje szanse, Antoine Brandt i Roelof Klein postanowili wymienić swojego sternika, twierdząc, że ich rodak przytył przed zawodami. Ostatecznie przed finałem miejsce grubasa zajął 7-letni chłopiec, z którym wspólnie zwyciężyli.
Niemniejsze kłopoty personalne dotknęły połączoną ekipę Danii i Szwecji, biorącą udział w przeciąganiu liny. Zabrakło im jednego zawodnika, więc zaprosili do udziału jednego z reporterów (osobiście wziąłbym grubasa z Holandii). Tak czy siak, dziennikarz wrócił z Igrzysk ze złotym medalem.
W Paryżu można było również podziwiać Margaret Abbot, zwyciężczynię kobiecego turnieju golfa. Czy zdarzyło wam się kiedyś kupować dom od dewelopera i dopiero w momencie przekazania kluczy uświadomić sobie, że to nie gra w monopol – jak wcześniej myśleliście – tylko prawdziwe życie? Każdy, kto posiada chociażby resztki spostrzegawczości, odpowie przecząco. Jednak nie Margaret Abbot. Otrzymując medal, przeżyła ogromny szok. Była bowiem przekonana, że bierze udział w lokalnych zawodach i nikt jej nie poinformował, że jest to najważniejsza międzynarodowa impreza na świecie.
Inteligencją nie grzeszył także wioślarz Wiaczesław Iwanow, który zdobył medal w Melbourne. Biedak w euforii zaczął skakać i się radować, jednak robił to na tyle niefortunnie, że jego krążek wpadł do wody. Po chwili wskoczył do niej i zanurkował, lecz medalu już nie znalazł. Na jego szczęście organizatorzy byli na to przygotowani i wręczyli mu zapasowy medal.
Kto pierwszy ten…przepuszcza kaczki
Tu trzeba dodać, że organizatorzy nie zawsze byli przygotowani na zaskakujące wydarzenia i też popełniali gafy. W 1952 roku w Helsinkach Joseph Barthel wygrał bieg na 1500 metrów. Okazało się, że organizatorzy byli tak zaskoczeni jego wygraną, że nie przygotowali hymnu Luksemburga. Przy akompaniamencie improwizującej orkiestry zwycięzca płakał. Zapewne nie ze szczęścia.
Nie płakał za to Australijczyk Henry Pearce, który zdobył złoty medal podczas zawodów w 1928 roku. Wioślarz miał tak dużą przewagę nad rywalami, że w pewnym momencie zatrzymał się na trasie, by… przepuścić rodzinę kaczek przepływających przez kanał, na którym rozegrano zawody. Mówi się, że Michael Phelps zdominował swoją dyscyplinę sportu. Nie przypominam sobie jednak, żeby kiedykolwiek zatrzymał się w basenie, żeby przepuścić kaczki.
Zwariowany ksiądz i kopniak w twarz
Można by pomyśleć, że w dzisiejszych czasach sprofesjonalizowanego sportu Igrzyska stają się nudne, wszystko dopięte jest na ostatni guzik, a sportowcy chodzą o 21 spać.
Nic bardziej mylnego i co cztery lata dochodzi do jakiejś irracjonalnej sytuacji.
Gdyby zapytać kibiców olimpijskiej rywalizacji, z jakiej odległości chcieliby zobaczyć poczynania swoich bohaterów, zdecydowana większość zapewne odpowiedziałaby, że z jak najbliższej. Wyjątek stanowiliby fani znajdujący się w 2004 roku na trasie biegu maratońskiego w Atenach, którzy zostali ścięci z nóg przez lecące w ich stronę ciało prowadzącego jeszcze przed chwilą w wyścigu Brazylijczyka Vanderlei de Limy, po tym jak najpierw zaatakował go, a następnie wciągnął do tłumu pewien zwariowany irlandzki ksiądz. Zawodnikowi z kraju kawy udało się w końcu wyswobodzić, wrócić na trasę i zająć trzecie miejsce. Szalony ksiądz natomiast został za ten czyn skazany na karę 12 miesięcy więzienia w zawieszeniu (nie był to pierwszy ani ostatni tego typu występek z jego udziałem. Na szczęście po kilku latach porzucił hobby wbiegania na arenę sportowych zmagań i zamienił je na udział w „Britain’s Got Talent”).
Do ataku doszło i cztery lata później, lecz ofiarą byli sędziowie. W półfinale turnieju taekwondo wygrywający 3:2 Kubańczyk Ángel Matos doznał urazu. To, co przepisy przewidywały na rzecz takich okoliczności, to przerwa w pojedynku. To, czego nie przewidywały, to fakt, że ekipa medyczna ucinała sobie akurat w momencie wypadku sjestę i na miejscu pojawiła się z wyraźnym opóźnieniem. Niewzruszony sędzia odgwizdał przekroczenie czasu na przerwę medyczną, dyskwalifikując zawodnika z Ameryki Południowej i pozbawiając go szans na medal. W odpowiedzi na ten niesprawiedliwy werdykt Kubańczyk potraktował arbitra kopniakiem w twarz tak soczystym, że studenci medycyny mogliby uczyć się anatomii stopy ze śladu pozostawionego na jego czole. Za ten czyn został dożywotnio zdyskwalifikowany ze wszystkich światowych turniejów taekwondo.
Najgorsi i najgłupsi
W Sydney o medal nie walczył bynajmniej Eric Moussambani. Zawodnik z Ghany nauczył się pływać zaledwie 8 miesięcy przed rozpoczęciem Igrzysk w 20-metrowym basenie i do ich rozpoczęcia nigdy nie widział pełnowymiarowego obiektu. Na jego szczęście wszyscy zawodnicy z jego tury eliminacyjnej popełnili falstart i Eric wygrał wyścig z najgorszym czasem w dziejach. Miana najgorszego olimpijczyka współczesnych igrzysk pozbawiła go dopiero 24 lata później pewna breakdancerka z Australii.
Jeżeli przegapiliście jej występ i chcielibyście zaserwować sobie wrażenia podobne do odczuwalnych w trakcie oglądania jej w akcji, a akurat nie macie dostępu do internetu – nic straconego. Wystarczy, że natrzecie sobie gałki oczne papryczkami chili, zalejecie je dowolnym środkiem do przeczyszczania rur, a później przez 5 minut będziecie uderzać głową w ścianę. Choreografia Raygun składała się z intensywnych kangurzych skoków, epileptycznych ruchów wyrzuconej na brzeg rzeki ryby, skinień pandy na eukaliptusowym haju oraz manewrów ofiary wypadku samochodowego próbującej wydostać się z płonącego auta. Za swój występ otrzymała od wszystkich sędziów równe ZERO punktów.
Tak czy inaczej było to i tak więcej niż pewna Greczynka. Voula Papachristou najpierw poświęciła całe życie na przygotowanie do najważniejszej imprezy swojego życia, następnie się na nią zakwalifikowała, a na samym końcu pozbawiła się występu, wypisując rasistowskie tweety nawiązujące do afrykańskich uchodźców oraz do tego, że komary roznoszące w Grecji gorączkę Zachodniego Nilu będą miały przynajmniej jakieś znajome posiłki. W efekcie została odsunięta z reprezentacji olimpijskiej, a wydarzenie w Pekinie obejrzała przed telewizorem.
W przypadku niektórych sportowców spędzanie większej ilości czasu przed telewizorem, szczególnie wieczorową porą, mogłoby wyjść na dobre. W Rio zrobiło się głośno o amerykańskim pływaku o niezwykle pojemnych płucach, lecz ciasnawym pęcherzu, którego zawartość oddał na jednej ze stacji benzynowych, wracając z wyjątkowo zakrapianej imprezy. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby po tym akcie wrócił po prostu do taksówki i pojechał w kierunku wioski olimpijskiej. Zamiast tego Ryan Lochte – wraz z kolegami ze sztafety – postanowił zdemolować obiekt, następnie spróbować przekupić ochroniarzy, którzy go zatrzymali, a na samym końcu wymyślić alternatywną historię, w której był ofiarą napaści uzbrojonych napastników, i przekazać ją wszystkim mediom świata. Nie przewidział jednak, że wszystko zostało nagrane na monitoringu, w konsekwencji czego stracił sponsorów oraz został zawieszony przez amerykański związek pływacki i komitet olimpijski.
Grecy – wielki naród!
Im bardziej zagłębimy się w historię Igrzysk, tym bardziej przekonujemy się, jak niezwykłe jest to wydarzenie. Można by dyskutować, jakie zajścia były najciekawsze, kto na przestrzeni lat zapisał się w historii najtrwalej lub kto był ich największym idiotą. Jedno jest za to niepodważalne: Grecy, jako naród, dali nam coś, czego nikt inny nie dał i nigdy nie da. Nie mówię tu o zapierających dech w piersiach widokach i architekturze, prawie, mitologii, Arystotelesie, przysiędze Hipokratesa ani nawet o matematyce. Dali nam Boże Narodzenie, Wielkanoc, Dzień Dziecka, urodziny i Angelinę Jolie w jednym. Wydarzenie, które jednoczyło ludzi i na czas którego przerywano wojny. Dali nam Igrzyska Olimpijskie.


