Część 1: Siatkówka, koszykówka, zapasy, futbol amerykański i sprint
Jak większość ludzi dziś – za sprawą ustrojstwa znajdującego się w mojej kieszeni, rzekomo ułatwiającego życie – mam problem z utrzymaniem uwagi. Może nie kwalifikuje się to jeszcze do leczenia klinicznego, ale nieraz zdarza mi się sięgnąć po telefon wyłącznie po to, by sprawdzić godzinę, a chwilę później zorientować się, że od 20 minut bezmyślnie i bezcelowo przeglądam internet. Zdegustowany sobą odkładam wtedy czym prędzej urządzenie i wracam do pracy z twardym postanowieniem poprawy. Chwilę później orientuję się, że wciąż nie wiem, która jest godzina. I tak w kółko.
W trakcie jednego z takich bezmyślnych cyklów trafiłem na filmik, w którym zawodnikom NFL zadano pytanie: czy przeciętny człowiek byłby w stanie zdobyć jeden yard w meczu zawodowej ligi futbolu amerykańskiego, gdyby miał na to 10 prób?
Jedni reagowali, przybierając poważny wyraz twarzy zarezerwowany dla pytań o astrofizykę. Byli też tacy, których twarze zdradzały wyraźną ulgę, że pytanie nie pochodzi od pracownika urzędu skarbowego, na którego wyglądał prowadzący. Jeszcze inni szczerzyli zęby tak białe, że przy nich stok pełen świeżego śniegu w słoneczny dzień przypominał kolorem ziemniaka. Pozostali tkwili w niezmiennej mimice ludzi, którzy dawno już przekroczyli granice rozsądku w kwestii ilości botoksu wstrzykniętego w twarz.
Odpowiedzi były różne, ale szybko sprowokowały w mojej głowie pytanie: jak przeciętny Kowalski poradziłby sobie nie tylko w futbolu, ale i w innych sportach, gdyby nagle znalazł się w samym środku rywalizacji na światowym poziomie?
Każdy z nas zna obraz kibica przed telewizorem, który po nieudanych akcjach zawodnika wzdycha z niezadowoleniem.
Wysoki poziom sportowców i „kanapowa” perspektywa potrafią sprawić wrażenie, że dany sport – choć może niełatwy – wydaje się całkiem wykonalny. Ten zakrzywiony obraz rzeczywistości ma tyle wspólnego z prawdą, co spoglądanie na freski Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej z myślą: „w zasadzie też mógłbym coś takiego namalować”, podczas gdy nasze zdolności artystyczne kończą się na pionowej kresce zakończonej nieprecyzyjnym okręgiem, z czterema kreskami po bokach – co ma rzekomo reprezentować niby człowieka.
Tak naprawdę wiele zależy od tego, jakiego Kowalskiego wstawimy w miejsce przykładu. Każdy z nas ma większe lub mniejsze predyspozycje do różnych aktywności. Idąc letnim dniem przez plażę, obraz przeciętnego Kowalskiego mógłby być dość brutalny, dlatego przyjmijmy dla potrzeb tej analizy, że przeciętny Kowalski to 35–40-letni mężczyzna, który dwa, czasem trzy razy w tygodniu chodzi na siłownię. Ma jakiś zarys mięśni, ale daleko mu do atletycznej sylwetki. W młodości nie unikał lekcji wf-u, ale też wtedy – poza aktualnie bardzo okazjonalnymi wyjściami z kumplami pokopać piłkę – ostatni raz uprawiał zorganizowany sport.
1. Siatkówka
Czy mając 10 prób ataku, przeciętny Kowalski byłby w stanie zdobyć choć jeden punkt w meczu Mistrzostw Świata?
Spośród wszystkich rozważanych sportów ten przykład jest chyba najtrudniejszy do wyobrażenia. Na lekcjach wf-u byli zarówno tacy, którzy nie potrafili trafić w piłkę, jak i tacy, którzy potrafili ją przebić w sposób przypominający atak.
Nawet jeśli Kowalski należałby do tej drugiej grupy, zdobycie przez niego punktu byłoby niemal niemożliwe – zarówno ze względu na spadek formy fizycznej po 20 latach, jak i ogromną różnicę w poziomie technicznym. Jeśli nie byłby to wystarczająco mocny atak (a zapewne nie byłby, bo to wymaga już sporych umiejętności), to topowe drużyny nawet nie próbowałyby go blokować, tylko spokojnie wybroniłyby piłkę w polu. Gdyby jednak był to atak wymagający bloku (co wątpliwe), byłby on tak szczelny, że szanse na przebicie się przez niego byłyby minimalne. Jedyne, co mogłoby się udać, to fartowny kontakt piłki z palcami lub łokciami blokujących.
*Yoandy Leal, najskuteczniejszy atakujący ostatnich Mistrzostw Świata, zakończył turniej ze skutecznością 52,61% (czyli na 10 ataków kończył nieco ponad 5).
2. Koszykówka
Czy mając 10 prób, przeciętny Kowalski byłby w stanie oddać jeden celny rzut za 3 punkty w meczu NBA?
Podobnie jak w przypadku siatkówki, przeciętny Kowalski miał z nią styczność na lekcji wf-u. Istnieje zatem statystyczne prawdopodobieństwo, że zamykając oczy i oddając 10 rzutów, jeden mógłby wpaść.
Jeśli natomiast odstawimy z tego równania przypadek, podobnie jak z siatkarskim atakiem, powodzenie jest mało prawdopodobne. Przeciętny Kowalski przede wszystkim nie potrafiłby wykorzystać zasłon umożliwiających wyjście na otwartą pozycję rzutową. To z kolei spowodowałoby, że byłby kryty przez człowieka mierzącego ponad 2 metry i posiadającego ręce tak długie, że bez schodzenia z kanapy może pogłaskać psa leżącego w drugim pokoju.
Można zatem się zastanowić nie tylko nad tym, czy podczas meczu NBA byłby w stanie oddać jeden celny rzut, ale czy w ogóle któryś z nich trafiłby w tablicę.
*Najlepszy rzucający z dystansu w historii koszykówki, Steph Curry, może pochwalić się skutecznością 42,4% zza łuku.
3. Zapasy
Czy przeciętny Kowalski byłby w stanie nie dać się przewrócić przez 10 sekund medaliście Mistrzostw Świata?
Nie ma najmniejszych szans, żeby przeciętny Kowalski był w stanie powstrzymywać przez 10 sekund próby sprowadzeń medalisty Mistrzostw Świata w zapasach. Przede wszystkim ze względu na to, że przeciętny człowiek nie miał kompletnie żadnej styczności z tym sportem, więc nie wiedziałby, jak się zachować. Skutkowałoby to zapewne tym, że spiąłby się maksymalnie, reagując przy tym nieskoordynowanymi, nieprawidłowymi i spóźnionymi ruchami na wszelkie akcje zapaśnika, co byłoby dla niego tylko wodą na młyn. Prawdopodobnie skończyłoby się to tak, że po 3 sekundach (nie wiedząc, co się w ogóle stało) przeciętny Kowalski leżałby już na plecach, odnosząc wrażenie, że zderzył się właśnie z pociągiem.
4. Football amerykański
Czy mając 10 prób, przeciętny Kowalski byłby w stanie zdobyć chociaż jeden yard w meczu NFL?
W tym przypadku wiele zależy od przyjętej taktyki drużyny oraz od linii ofensywnej, która otwiera „dziury” dla running back’a, w którego miałby zamienić się nasz Kowalski. Teoretycznie jest to możliwe, bowiem to tylko jeden yard – wystarczyłoby, aby Kowalski potknął się o własne nogi i wyrżnął przed siebie jak kłoda, lub rozgrywający, przekazując mu piłkę, pchnąłby go kilka kroków, żeby ten przewrócił się z nią kawałek dalej niż miejsce, z którego rozpoczęte było zagranie. Mając natomiast pod uwagą presję nacierających zawodników i fakt, że nasz przykładowy Kowalski z futbolem nigdy nie miał nic wspólnego, więc ostatnim, o czym by pomyślał w chwili, w której wbiega w niego 120-kilogramowy liniowy, to kurczowe trzymanie piłki – zdobycie przez niego nawet jednego yarda byłoby mało prawdopodobne.
*Derrick Henry, jeden z najlepszych RB w lidze NFL, ma średnią 4,8 yarda na akcję.
5. Sprint na 200m
Czy mając 10 sekund przewagi, przeciętny Kowalski byłby w stanie wygrać wyścig na 200 metrów z mistrzem świata w sprincie?
Gdyby szanse mogły wynosić poniżej 0%, to właśnie tak trzeba by było je określić w tym wypadku. Z ciekawości skonsultowałem to ze złotym medalistą Mistrzostw Świata w sztafecie 4×400 m, aby zapytać, jak mógłby wyglądać taki bieg. Według niego Kowalski nieporadnie startuje z bloku i rusza, ile sił w nogach. Zakładając optymistyczną wersję, że w międzyczasie nie naciąga dwójki ani żadnego innego mięśnia, po 10 sekundach jest na jakimś 50. metrze. Wtedy rusza Noah Lyles, który ów dystans pokonuje dwa razy szybciej – bo w 5 sekund z małym hakiem.
Finał jest taki – cytując Patryka – że biedny Kowalski „około 90–80 m przed metą wącha pierdy Pana Lyles’a”, dobiegając do mety po około 40 sekundach od startu.
*Noah Lyles pokonuje dystans 200 m w 19.31 i jest poważnym pretendentem do tego, aby pobić rekord Usaina Bolta na tym dystansie.
CDN
W kolejnym felietonie sprawdzimy, jak przeciętny Kowalski poradziłby sobie w tenisie, baseballu, boksie, piłce nożnej i… pływaniu. Kto wie, może gdzieś tam czeka go pierwsze zwycięstwo.


